Leciuteńko z gracją, lecą sobie listeczki z drzew, te złote, żółte, czerwone, brązowe...z każdym dniem coraz mniej pozostaje ich na drzewach. Et już tylko ciutkę pozostało kolorowo jesiennego października. Za chwilę listopad wichurami otrząśnie jesień z ostatnich kolorów i przyroda szara i naga po intensywnym owocowaniu będzie sobie odpoczywać...
Hmmmm ja kolorów złotej jesieni widziałam w tym roku niewiele, ale w życiu tak jest, raz z górki, raz pod górkę, u mnie jeszcze w dalszym ciągu pod górkę...
Jednakoż taki jeden niewielki owadzik znakomicie zastąpił mi wszystkie kolory złotej jesieni!
Już Wam o nim wspominałam, to fruczak gołąbek, którego jak już wiecie wypatrzyłam na naszej podwórkowej budlei :)
A właściwie to przylatywały 3 fruczaki.
Tyle ich widziałam równocześnie uwijających się wśród budlejowego kwiecia.
A skoro żerowały tak blisko mnie, to jak mi się udało wyjść z domu
to krążyłam wkoło krzewu i patrzyłam!
Tylko patrzyłam jeśli nie miałam przy sobie aparatu,
a jeśli miałam aparat to oczywiście robiłam zdjęcia! ;)
Mój aparat fotograficzny to przyzwoity kompakt z dużym zoomem i ruchomym wyświetlaczem,
ale z tego fruczaka, jak pamiętacie, w poprzednich postach o tym pisałam, niezwykle szybka bestyja!
I dlatego to umykały mi łobuzy spod obiektywu i umykały. W końcu zirytowana, zamiast namierzać obiekt przy pomocy wyświetlacza...przyłożyłam oko do...wizjera i tak, to była bardzo rozsądna decyzja ;)
Przyzwoity kompakt mój nie ma takich możliwości jak lustrzanka z teleobiektywem. Ma jednak sporą rozdzielczość no i jak już wspomniałam duży zoom.
Pozwoliło mi to na wykadrowanie zdjęć tak aby pokazać Wam dokładnie tego ciekawego owada :)
Napatrzając się tak wnikliwie na te owadzie wiercipięty, zauważyłam że początkowo jak kwiecia na krzewie było jeszcze dużo to one na jednym kwiatostanie spijały nektar tylko z jednego kwiatuszka i frygały do następnego.
Teraz gdy tylko nieliczne kwiatostany mają jeszcze niewiele kwiatuszków, frygi zrobiły się mniej wybredne i spijają nektar z kilku kwiatków na jednym kwiatostanie.
He dziwna jakaś taka stercząca babcia, czyli ja, obok krzewu który w tym stadium kwitnienia nie powala urodą i wgapiająca się w coś czego nie widać...
Któregoś dnia z kamienicy przed którą rośnie ta budleja wyszedł młody facet, z workiem śmieci, poszedł z nimi do śmietników, zaraz wrócił i siadł sobie na ławce obok budlei.
Siadł i patrzy jak pstrykam zdjęcia temu niczemu i taki cień uśmieszku mu się przemyka po licu.
No i tak to...odezwał się we mnie nauczyciel, co to zawsze na posterunku i...zagadałam.
-Wie pan fruczak gołąbek tutaj fruwa, to motyl, a właściwie ćma.
Zainteresował się, ten uśmiechowy cień trącący ironią znikł mu z lica.
Opowiedziałam mu więc o owadzie, on słuchał uważnie i pytania na temat, też zadawał :)
Innego dnia, dwie panie, które siedziały na tej samej ławce co młody człek, spytały:
-Motylki pani fotografuje?
Okazało się, że też nie wiedziały o istnieniu fruczaka gołąbka.
Moja osobista, koleżanka, która ma od 40 lat ogród, też nie wiedziała.
Tak to zafascynowana fruczakiem oświecałam społeczeństwo :)
Nasza budleja już skąpo karmi, tylko dla jednego fruczaka wystarcza nektaru, ale jeszcze ten jeden przylatuje :)
Oprócz fruczaka w kadr wleciał mi taki oto trzmiel.
Rajskie jabłuszka na naszym podwórku obrodziły na bogato.
Liście całkowicie opadną
a one będą cieszyć oczy w listopadzie.
Krótkie listopadowe dni nie dodają mi werwy, a wręcz przeciwnie...
No ale tyle się napatrzyłam na MOJE fruczaki, że będę miała ich widok przed oczami, no i zdjęcia do oglądania hehehe duuuuuuużo zdjęć ;) Tak że pomoże mi to bronić się przed listopadową melancholią.
Wy też zaglądajcie, aby sobie popatrzeć! :)


















































































